Po wyborach do Parlamentu Europejskiego

Nie ulega wątpliwości, że w tegorocznych wyborach do Parlamentu Europejskiego straciła lewica. Liczba mandatów w Parlamencie Europejskim dla Grupy Socjalistycznej (PES) spadła z 27,6% do 21,6%, a więc o 6 procent. O dziwo, kryzys ekonomiczny nie sprzyjał siłom lewicowym. Jednocześnie jednak minimalnie zmniejszył się wynik wyborczy największych ugrupowań politycznych: Grupy Europejskiej Partii Ludowej i Europejskich Demokratów (EPP-ED) – o 0,4% oraz Grupy Porozumienia Liberałów i Demokratów na Rzecz Europy (ALDE) – o 1,7%. Natomiast o 1,4% wzrosły notowania Grupy Zielonych/Wolne Przymierze Europejskie (GREEN/ EFA). Zadziwiające, że aż o 8,5% wzrósł udział tzw. Innych (NI). Wszystko to można traktować jako pewnego rodzaju rozczarowanie w stosunku do „rządzących” do tej pory w Parlamencie Europejskim.

W dalszym ciągu w całej Unii Europejskiej spada frekwencja wyborcza do Parlamentu Europejskiego. W tym roku wyniosła ona średnio nieco ponad 43% i była najniższa z dotychczasowych siedmiu głosowań. W pierwszych czterech wyborach do PE, począwszy od 1974 r., frekwencja kształtowała się na poziomie 60%, później zmniejszyła się do 50%, a w ostatnich dwóch głosowaniach – spadła do 45%. Występujące dwuprocentowe wahania mogą być – moim zdaniem – wynikiem różnych czynników, w tym nawet np. złej pogody. Jednakże wszystko to oznacza, że problemy zwiększenia legitymizacji demokratycznej Unii Europejskiej i przybliżenia jej do obywateli wciąż narastają. Z tego też powodu należy ubolewać, że Traktat z Lizbony nie wszedł jeszcze w życie. Przewidziano w nim wiele rozwiązań mogących temu zapobiec.

Leave a Reply